Wyższy poziom abstrakcji

W połowie stycznia dostałem od kuzynki informację że przyszła właśnie przesyłka polecona (w formie awizo) na mój stary adres zamieszkania. Ekscytacja z oczekującej na mnie paczki mieszała mi się z przekonaniem, że to na pewno skarbówka i na pewno chcą jakiś wyjaśnień, na które nie mam czasu.

Nie mam co prawda nic na sumieniu, ale paczka od dawno niewidzianej znajomej na adres pod którym już 4 lata nie mieszkam wydawała się jeszcze bardziej niedorzeczna. Okazało się, że nie była to ani paczka od nieznajomej znajomej ani od skarbówki. Przynajmniej nie bezpośrednio. Był to PIT-11. Czytaj dalej „Wyższy poziom abstrakcji”

Wyższy poziom abstrakcji

3 lata

Trzy lata..

  • potrzebuje uczeń, aby ukończyć gimnazjum
  • potrzebuje przeciętny student, aby zdać licencjat
  • potrzebuje niemowlę, aby stać się trzyletnim dzieckiem
  • potrzebowałem ja, aby wrócić do pisania na blogu.

Przez ten czas trochę się w moim życiu zmieniło. Zaczynając od zmiany „centrum interesów osobistych i gospodarczych” (przeprowadzki do Niemiec), a kończąc na niepomyślnym ukończeniu studiów magisterskich.

Wiele jednak pozostało w moim życiu niezmienne. Nadal jestem uparty, złośliwy, średnio towarzyski i potwornie leniwy.

Wpis ten zacząłem pisać w zeszłą niedzielę, tuż po przylocie do Düsseldorfu (czyli ok 23:00). Napisałem wtedy raptem kilka zdań. Następne kilka zdań dopisałem w poniedziałek, siedząc w pociągu do pracy. Całą resztę dopiero teraz, gdyż zobligowałem się do końca tego dnia opublikować tą (albo „tę”) notkę na blogu. Robienie wszystkiego na ostatnią chwilę powinienem również dopisać do listy rzeczy, które pozostały w moim życiu niezmienne..

Ale na tym kuniec prehistorii zwłaszcza, że w ostatnim tygodniu też wydarzyło się kilka ciekawych rzeczy:

  • stałem się o rok starszy
20160320_193133
Z podziękowaniami dla Kasi, Adama i oczywiście Kuby za kartkę urodzinową 🙂
  • zacząłem z powrotem biegać i chyba zaczęło mi to (chyba) sprawiać przyjemność
  • ruszyłem wreszcie wiele małych zadań: załatwianie urlopu, zamówienia, przesyłki. Ogółem dużo drobnostek, które w ostatnim czasie z przyjemnością odkładałem na „następny tydzień”.
  • urozmaiciłem moją dietę. Nie powiem, że odżywiam się zdrowiej, bo kanony zdrowia, zmieniają się co roku, ale na pewno bardziej zielono. I nie, nie zrezygnowałem z jedzenia Lahmacuna 🙂
  • a projekt, w którym aktualnie jestem stał się (po raz pierwszy w historii) zielony.

A co przyniesie następny tydzień?
Miejmy nadzieje, że nie napiszę o tym za kolejne 3 lata 🙂

PS: Byłem dzisiaj na spacerze po, nieznanych dla mnie wcześniej, zakątkach Düsseldorfu i odnalazłem jedyną taką ławeczkę z widokiem na strumyk i przejeżdżającą kolej. Fajowe miejsce, prawda?

20160320_155217

3 lata

Wino, muzyka i chusteczki.

Wina oczywiście nie było, była za to muzyka i chusteczki. Jednak to nie muzyczne wzruszenie sprawiało, że chwytałem coraz to nowe chusteczki. Muzyka była przednia, urzekająca no i pociągająca, czyli dokładnie taka jak ja. Mijały kolejne minuty, a muzyka stawała się coraz bardziej pociągająca. Brałem z niej przykład. W pewnym momencie się skończyła, ja jednak pociągać nie skończyłem.

Gdybym miał wybrać najbardziej odpowiednie podsumowanie mojego dnia to byłby to powyższy opis. No, ale nie samymi chusteczkami i muzyką, żyje człowiek.

Powrót po urlopie do pracy zawsze się wiąże z nadzieją i rozczarowaniem. Są to w sumie nierozłączne i następujące po sobie uczucia. Pierwsze z nich, to nadzieja, że najgorsze problemy zostawione przed urlopem, zostały już przez kogoś rozwiązane. Drugie, krótka refleksja, że wszystkie te problemy właśnie czekały na Twój powrót z urlopu. Tak było i w moim przypadku.

Zastanawiałem się czy nie połączyć konkluzji z obu częsci dzisiejszej notki i nie pójść na zasłużone L4. Byłoby to rozwiązanie dwóch problemów za jednym zamachem, ale jednak bardziej niż przeziębienia nie lubie chodzić do lekarzy.

Wino, muzyka i chusteczki.

A podobno byłem normalny.

Na pewno już nie jestem. Kto normalny wybrały się na 33 kilometrowy (który w praktyce był 35 kilometrowy) bieg po górach o 3 rano. Było takich osób z 600, z czego niektórzy w swoim szaleństwie przebijali mnie dwukrotnie (trasa 66 km), a nawet trzykrotnie (hardkorzy z setki). Ale, ale zacznijmy od początku:

Piątek był bardzo leniwym dniem, w pracy weekendowe podejscie, na obiad tradycyjna piątkowa pizza. Dopiero o 13:00 musiałem wejść na moje intelektualne wyżyny i w pół godziny (o 13:30 przyjeżdżał Irek z Asią) napisać działający skrypt. Skończyłem pracę o 13:35, wysyłając (o dziwo działający) skrypt. 5 minut spóźnienia okazało się później drobnostką, gdyż na odprawę w Krynicy spóźniliśmy o godzinę (to prawie tyle ile w niedziele Kamila 🙂 ). W drodze do Krynicy marudziłem nieustannie (miałem jeszcze duży zapas energii, w drodze powrotnej potulnie spałem). Kto mnie zna to wie, że jak nie marudzę to znaczy, że albo jestem skrajnie wycieńczony fizycznie, albo ktoś mi uciął język (zwykle to pierwsze).

Do bazy dojechaliśmy ok. godziny 20, zapisaliśmy się, rozpakowaliśmy i położyliśmy spać. O 1:30 pobudka, szykowanie się do biegu (i ostatnie podrygi  marudzenia). Start o 3:20, pierwszy kilometr łatwy i płaski. Za to każdy kolejny zbliżał nas coraz bardziej do nieba (takiego z chmurami). Około 11 km okazało się, że bliżej chmur już nie będziemy, zaczęło się z górki na pazurki. Bardzo dosłownie, gdyż około 16 km kopnąłem w trakcie zbiegania w (wystarczająco wystający aby sobie stłuc palce i wystarczająco schowany aby go nie zauważyć) pieniek. Druga noga nie została dłużna i też ją troche obkopałem (ale już z mniej dotkliwymi skutkami). Około 22 kilometra, na punkcie żywieniowym porwaliśmy herbaty i pomkneliśmy dalej. W sumie bardziej się nią poparzyłem niż napiłem, ale była to miła i ciepła odmiana, do zimnego i odpychającego izotonika. Od punktu żywieniowego padało dosyć mocno, co znacznie utrudniało i tak już trudną ze względu na obolałe palce drogę. Najcięższe były zbiegi, nie dało się na nich oszczędzać palców i próbować zbiegać na piętach. Moja radość na widok każdej górki wprawiała inne ekipy w osłupienie (patrzyli się na nas jak na debili). Pech chciał, że końcówka trasy to głównie szalony zbieg. Walczyliśmy z czasem, no i dodatkowo z bólem (Irek pewnie mniej, ja za to potwornie). Do mety mety doszliśmy po 5 godzinach, wtedy też pierwszy raz zobaczyłem w jak żywych, intensywnych, fioletowo-czerwonych kolorach prezentują się moje paliczki.

Ale i tak uważam, że warto było 🙂 Za miesiąc pierwszy maraton. Trzymajcie kciuki 🙂

A podobno byłem normalny.

A własnie, że będzie o szarości.

Piszę notki głównie z większych, niecodziennych wydarzeń starając sie pomijać te mniej kolorowe (lub zupełnie szare) dni. Dzisiaj będzie zgoła inaczej. (Kursywą będę oznaczał komentarze do tekstu)

Wstałem o 8:30. (Zwykle wstawałem o 7 rano, ale ostatnio bardzo późno chodzę spać. Wczoraj do 1 w nocy pomagałem zdalnie (a przynajmniej próbowałem pomóc) Irkowi, Izie oraz Kamili. W przypadku Izy i Kamili rozchodziło sie o problemy z komputerem, z Irkiem walczylismy raczej na płaszczyznie semantyczno-syntaktycznej jezyka programowania. Efekty były umiarkowanie średnie, czyli zbliżone do oczekiwanych.) Ubrałem się, umyłem (a w zasadzie w odwrotnej kolejności), zjadłem na śniadanie resztki wczorajszej kolacji i wyszedłem do pracy. Ze słuchawkami na uszach, słuchając lektora czytającego „Aleje samobójców” poszedłem do pobliskiej piekarni zakupić prowiant na dzisiejsze popołudnie. Przechodząc obok rozkładającego się (rękoma sprzedawcy) straganu z warzywami i owocami, zaopatrzyłem sie 2 jabłka, 2 nektarynki i duze 4 śliwki. (Zwykle do pracy biorę jakieś owoce. Nie dlatego, że zdrowe, po prostu bardzo lubie). Droga do pracy przebiegała spokojnie, a emocji dodawała jedynie sprytnie snuta ksiażkowa intryga.

Do pracy przyszedłem jako ostatni w pokoju. Nie potrzebowałem, za dużo czasu. Wypakowałem komputer, prowiant i zająłem się tym co wychodzi mi najlepiej (czyli markowaniem pracy). Praca nie szła jak krew z nosa. Krew z nosa idzie intensywnie i ciężko jest ją zatamować, a ze mnie uchodziło powietrze jak z przestrzelonej opony. Przerwa obiadowa (a własciwie zjedzony w trakcie niej obiad) dodała sił, a następujaca po niej runda „spielowania” w Urban Terror wyostrzyła przytępione tego dnia zmysły. Po tym krótkim odpoczynku pracowało się dużo sprawniej i efektywniej (jeżeli to synonimy to przepraszam za powtórzenie).

O 17:30 wyszedłem do domu, aby zdążyć na umówione z koleżanka spotkanie. Miała przyjść odebrać swojego naprawionego notebooka i przechowywane na czas wakacji szpargały. Nie przyszła, ani nie dała znaku życia. (W sumie bylo mi to zupełnie obojętne czy się zjawi czy nie.) Wchodząc do klatki schodowej ujrzałem w skrzynce jakąs białą kartkę papieru. Zastanawiałem sie tylko: rachunek czy reklama? O dziwo ani jedno ani drugie. (nie była to także kartka z pogróżkami, zaznaczam, aby już na wstępie uciąć czytelnikom wodze fantazji). Była to (co mniej więcej kwartalna) prośba aby spisać liczniki zimnej i ciepłej wody (Tak, niektórzy maja w domu ciepłą wodę. Pozdro dla Martyny:*). Bez większych emocji wypełniłem kartkę i zszedłem spowrotem na parter aby wrzucić ją do skrzynki administracyjnej (znajdującej się tuż pod numerem oznaczającym ostatnie 12 mieszkanie tej klatki). Zgiąłem kartkę, z gracją popchnąłem ją podczas wrzucania na tyle mocno, aby wylądowała na krancu skrzynki i żaden wścibski sąsiad o długich palcach nie był w stanie jej wyciągnąć. Tak skupiłem sie na nadaniu jej odpowiedniego pędu, że dopiero po udanej operacji zorientowałem się, że z „należytą gracją” wrzuciłem kartkę do skrzynki sąsiada spod dwunastki zamiast do tej oznaczonej literami ADM.

Przeklinałem w myślach (i nie tylko). Przez nastepnie kilkanaście minut próbowałem (początkowo nieskutecznie) wyciagnąć moją zgubę. Dopiero uzbrojony w ołówek byłem w stanie zmienić układ sił. Nie było łatwo, ale się udało. (To w sumie najlepsze podsumowanie zarówno prób wyławiania kartki z czeluści skrzynki, jak również całego dzisiejszego dnia).

A własnie, że będzie o szarości.

Izerska Wyrypa

To druga impreza w tym roku, którą zaszczyciłem (jak 180 innych osób) swoją obecnością. Z inauguracyjnej imprezy (Rajdu Konwalii – który zakończył sie sukcesem) relacji nie napisałem. Kto doszukuje się analogii: rajd się udał – relacji nie ma; rajd się nie udał – relacja jest, znajdzie w poniższym tekście argumenty za tym przemawiające. Postaram się jednak aby były one tak ukryte, że nawet najbardziej najbardziej domyślny czytelnik sie ich nie doszuka.Ale wróćmy do relacji:

Rajd rozpoczął się o nieludzkiej porze: 7 rano. W bazie trzeba było być o 6:20, co w praktyce oznaczało, że musieliśmy wyjechać o 5:45 i (przynajmniej w moim wypadku) wstać o 4:50. Z rana było trochę zimno i miałem wielki dylemat czy brać ze sobą kurtkę czy nie. Tuż przed startem zdecydowałem sie zostawić ją w bazie (co okazało się (jedną z niewielu) dobrych decyzji). Start był dziwny, pierwszy raz mapy dostaliśmy już w trakcie rajdu (po przebyciu 1,5 km). Przez co cały czas wyznaczania trasy odbywał się już w trakcie trwania rajdu. Punktów kontrolnych było mnóstwo, trzeba mieć niemały tupet aby na trasie 50 km umieścić ich aż 27.

Kilometry szły dużo szybciej niż liczba zdobywanych punktów kontrolnych. Początkowo jeszcze w mocnym tempie 7min/km, później zdobywając górki bądź przedzierając się przez haszcze utrzymywałem tempo 10min/km. Przez pierwsze 30 km nie odczuwałem znacznego spadku mocy. Pierwsze słabsze momenty pojawiły się na 40 km, a w okolicach 50 km nie siadałem nawet aby oczyścić buty z kamieni, bo bałem się, że już nie wstanę 🙂 Na jednym z punktów kontrolnych zgubiłem kompas i w sumie od tego momentu czułem, że nie zdołam przejść całości trasy. Dostałem od idącej grupki zapasowy, ciężko było się jednak nawigować nie mając linijki i nie mogąc odmierzać odległości. Około 60 kilometra prawie wyzerowałem się z wodą i zadzwoniłem do Irka z informacją, aby przyjechał po mnie, bo nie dam rady już za daleko pójść.

Rozmowę usłyszała grupka rajdowiczów idąca w przeciwnym kierunku i jedna Pani dała mi butelkę z połową litra wody (bardzo, bardzo Pani dziękuję! 🙂 ). Postanowiłem jeszcze dojść o własnych siłach do bazy. W pobliskiej wiosce zakupiłem dodatkowo 1 litr wody i z już bezpiecznym zapasem zmierzałem na metę. Po 68 km trasy i 12 godzinach na trasie ukończyłem (pomijając 4 punktu) i ten rajd 🙂

Link do trasy na Endomondo: http://www.endomondo.com/workouts/j0EyhyW26Ic

Izerska Wyrypa

50 – aby zawładnąć nad światem, czy jakoś tak.

To już 50 wpis na blogu. Zastanawiałem się jak świętować tą niebylejaką już rocznicę. Niby szampan jakiś jest, ale boje się trunków z etykietami napisanymi cyrylicą. Nie bardzo wypada, w taka rocznice pisać to co zwykle (czyt:  głupoty), dlatego też rocznicowa notka będzie swojego rodzaju fotoblogiem 🙂

Wrocławskie przedwiośnie.
Niekiedy jak patrze na to zdjęcie to sam sobie zazdroszcze, że mieszkam w tak fajnym miejscu.
Jelenia Góra jest również w formie.
Czekanie na tramwaje bywa przyjemne.
Na to mogę patrzeć bez końca.

I niech mi nikt nie mówi, że jestem jakimś romantykiem. Romantyk to osoba, która „na porno-stronach w komentarzach pisze, że dziewczyna ma ładny uśmiech”, a ja nie pisze w komentarzach takich rzeczy.

Pozdro, dla czytających 🙂

50 – aby zawładnąć nad światem, czy jakoś tak.